Cisza wyborcza i nie tylko, czyli zakazy, zakazy…

Zanim zapadnie grobowa cisza… wyborcza

Relikt przeszłości, absurd w dobie Internetu? Dlaczego tak trudno go znieść? To chyba jest temat ponad podziałami? A może nie? Ale to tylko pretekst do szerszej refleksji na temat zakazywania nam różnych rzeczy…

f e l i e t o n

Jeszcze jeden zakaz

   Co wybory doświadczamy tego samego absurdu czyli ciszy wyborczej. Zakaz agitacji, ba – po prostu mówienia o kandydatach, ich programach w przeddzień wyborów będący w sumie ograniczeniem wolności wypowiedzi, jest dla mnie idiotyzmem, ale to nie byłoby jeszcze najgorsze. Bo jest też szczytowym osiągnięciem charakterystycznej dla naszego kraju, naszego regionu, dla lewackiej ideologii restrykcyjno-zakazowej polityki państwa wobec jego obywateli. Ale nawet nie o wielkiej polityce gnębienia narodu chcę pisać, tylko o tym drobnym fragmencie naszej rzeczywistości bardzo przyziemnej, której symbolicznym wyrazem może być to, że i drogowe znaki zakazu stanowią najliczniejszą grupę znaków (z którą mogą co prawda konkurować znaki informacyjne, na ale informować można o wszystkim, a nawet trzeba). Zatem czy rzeczywiście to zakazy muszą kierować naszym postępowaniem, czy inaczej w naszym kraju się nie da?

Zakazy_01

   Zakazy, sankcje, kary i nakazy charakteryzują nasz kraj. To spuścizna po pięćdziesięciu latach socjalizmu, po rządach partyjnej dyktatury i państwie policyjnym, które namieszało ludziom w głowach. Spuścizna, od której niestety nie potrafiliśmy się odciąć, a nawet chętnie przejęły ją kolejne ekipy rządzące i twórczo rozwijają. To w końcu nic innego, jak gospodarka nakazowo-rozdzielcza w sferze prawa i zasad społecznego współżycia.

   Z zakazami spotykamy się na co dzień i na każdym kroku. Tabliczek przybywa i zamiast chronić na przykład nasze otoczenie przed zniszczeniem, same je szpecą. Zżyliśmy się z nimi tak, że nawet nie zauważamy, jak bardzo uwłaczają one naszej godności, równając wszystkich w dół. Można powiedzieć, że zakazy są po to, żeby ktoś nie zrobił czegoś złego, ale pozostaje pytanie, kto i co uznaje za zło? Zakazuje się wszystkim tak, jakby to wszyscy byli potencjalnie źli, a więc zakłada się wszechobecną głupotę, chamstwo, deprawację, złą wolę, złodziejstwo itp., itd. Dlaczego zatem mimo tego pod tabliczką „Zakaz zwałki” znajdziemy zwykle stertę śmieci czy gruzu? Dlaczego ludzie łamią sobie karki, skacząc do wody w miejscach, gdzie obowiązuje zakaz kąpieli? Dlaczego giną w wypadkach, przekraczając zakazy na drodze?

Zakazy_

   I to jest jedna z rzeczy, która różni nas od cywilizowanych krajów zachodnich albo różniła, bo i tam sprawy też idą w złym kierunku, czego najlepszym przykładem jest sama Unia Europejska ze swoimi tysiącami dyrektyw i przepisów, które przecież albo czegoś wprost zakazują, albo coś nakazują, a zatem w podtekście czegoś innego zakazują. Przebywając zagranicą jedną z bardziej zauważalnych, a może odczuwalnych różnic były dla mnie nie pełne półki sklepowe i wyższy standard materialny mieszkańców, a relacje obywatel-urząd, obywatel-władza lokalna, obywatel-państwo czy obywatel-obywatel, które to relacje nie zakładają odgórnie złej woli ludzi, nawet tych przyjezdnych. Inaczej więc niż u nas, gdzie z zasady obywateli uważa się za zło wcielone i w związku z tym trzeba ich stawiać do pionu tysiącami zakazów. Kiedy gdzieś tam w Anglii czy Szwajcarii zdarzało mi się wsiąść do metra bez odpowiedniego biletu, kontroler kontrolujący mnie w mundurze kontrolera na ogół kazał wykupić bilet albo dopłacić do właściwego, ewentualnie pouczał. Kiedy pasażer „na gapę” był kulturalny, to i kontroler był wyrozumiały. Podobnie rzecz się miała i w kontaktach z policją. Gdy w naszej komunikacji dopadnie kogoś zamaskowany kanar,… sami wiecie.

   Jest mnóstwo wielkich i drobnych zakazów narzuconych nam przez kogoś silniejszego. Najsilniejsze jest oczywiście państwo i ono w tym przoduje – w ogromnej liczbie przepisów, które czegoś zakazują i to pod groźbą. Ta groźba już nawet nie jest zawsze wymierzona tylko w ludzi, którzy coś przeskrobią, bo czasem sankcją obarczone jest jakieś postępowanie, w słowach, że karze podlega to takie, a takie działanie… może chodzi o to, że jak już zabraknie kandydatów do karania, to karać się będzie ich występki? A może o to, żeby ukarać człowieka dwa razy? Nie wiem, nie jestem prawnikiem i takie wygibasy słowne mnie bawią, ale i intrygują… Od państwa przykład idzie w dół – mnożą się więc zakazy w różnych instytucjach, w spółdzielniach mieszkaniowych, wspólnotach mieszkańców, po prostu sami sobie gotujemy ten los…

   Dlaczego tak jest? Dlaczego właśnie w ten sposób państwo chce nas wychowywać? Podporządkować? Bo czym są przepisy prawa, które coś nam narzucają, czegoś zakazują? Dlaczego stają się one obowiązującymi normami? Rozumiem zakazy, które chronią naturalnie przypisane nam prawo do własności, do bezpieczeństwa. Tylko, że to bardzo podstawowe prawa, które można sprowadzić do… kilku przykazań: nie zabijaj, nie pożądaj rzeczy bliźniego… Ale dlaczego nie można upędzić sobie bimbru albo uwędzić kiełbasy w sposób i w ilości, jaka nam się podoba? Dlaczego jako państwo nie możemy wyprodukować tyle cukru, ile zdołamy i go sprzedać? Żyjemy w świecie zakazów od rana do wieczora, od małej tabliczki na trawniku po unijną dyrektywę. Obudźmy się. Przestańmy dawać sobą pomiatać. Jaki sens ma wspomniana na wstępie cisza wyborcza i związane z tym kary? W sobotę nic nie można powiedzieć, ale przeczytać już tak? Jakie ma znaczenie, czy plakat zawiśnie o 23.30 w piątek, czy o godzinie 0.15 w sobotę? Kuriozalne są usilne tłumaczenia różnych pożytecznych… tłumaczących takie przepisy. I co – polubić sobie polityka na Facebooku nawet nie można, bo co – smutni panowie zapukają do drzwi i karzą zapłacić za złamanie ciszy wyborczej, którą kiedyś ktoś sobie wymyślił? Ja w każdym razie chwilami czuję się osaczony i przygnieciony masą zakazów, które widzę dookoła. Kiedyś przynajmniej pisano na tabliczkach: „Szanuj zieleń”. Teraz częściej widzę: „Zakaz deptania trawników”, „Zakaz wyprowadzania psów”.

   Drobny wyłom próbował zrobić niedawny minister sprawiedliwości, zmniejszając liczbę koncesjonowanych zawodów. Bo licencje i koncesje to właśnie nic innego jak przejaw zakazowo-restrycyjnej gospodarki i polityki. Szczególnie dotkliwie doświadczają wszelkich zakazów przedsiębiorcy, bo za niepodporządkowanie się przepisom lecą niemałe kary. Nie za zrobienie czegoś złego, tylko za niepodporządkowanie przepisom! Ktoś je kiedyś sobie wymyślił i nadal wymyśla w imię pokrętnej logiki, a teraz inni muszą uważać, żeby przypadkiem nie złamać prawa, czyli jakiegoś zakazu, bo przecież nigdy nie jesteśmy w stu procentach pewni tego, co nam wolno, a czego nie. Dowiadujemy się często po fakcie, że jest jakiś przepis, który czegoś zabrania. A stwierdzenie, że nieznajomość prawa nas nie tłumaczy jest cyniczną, perfidną drwiną z obywatela. Nie bez powodu powstało powiedzenie – dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf, które znalazło swoje miejsce nawet w Wikipedii, gdzie, że pozwolę sobie zacytować, celnie określono zjawisko: …maksyma z okresu PRL, przypisywana prokuratorowi ery stalinowskiej w Polsce, Andriejowi Wyszyńskiemu.. zostało uznane jednym z najbardziej społecznie popularnych, przygnębiających i oddających powszechną bezbronność wobec niesprawiedliwego sądu powiedzonek charakteryzujących wymiar sprawiedliwości we wszystkich krajach rządzonych przez komunistów.

   Nie bez przyczyny odzywają się nieśmiało głosy tęsknoty za ustawą o działalności gospodarczej ministra Wilczka, o ironio uchwalonej jeszcze w PRL-u i powrotem do zasady, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. Tylko co wtedy robiłyby tysiące urzędników i różnych służb?

   Nie wspominam już o tym, że względem zakazów są równi i równiejsi. Że zakazy też można różnie interpretować. A być może należałoby wysnuć i tę smutną konstatację, że jesteśmy takim społeczeństwem, które trzeba trzymać krótko, za pysk, jak kiedyś uważano… i tak nam zostało? I to jest najgorsze, że chętnie godzimy się na ograniczanie naszej wolności, naszej własności, naszych myśli i stajemy się niewolnikami, więźniami w więzieniu, w którym kraty nie są już potrzebne.

  To może chociaż jeszcze jeden zakaz – zakazujący zakazywania?!


Grzegorz Mosieniak

Top font